Dzień, w którym smutek jest u siebie
Pierwszego listopada żałoba ma w Polsce swój adres. Wiadomo, dokąd jechać, gdzie zaparkować, w której alejce skręcić. Wiadomo, co kupić po drodze i co powiedzieć cioci, której nie widziało się od roku. Stoimy nad płytą, poprawiamy chryzantemy, osłaniamy dłonią zapałkę przed wiatrem. Nie każda strata ma jednak swój grób. To właśnie z takich strat często bierze się żałoba po latach: smutek, który wraca, choć dawno miał minąć.
Pracuję z ludźmi po stracie i wiem, jak dużo daje taki dzień. Rytuał robi za nas to, czego sami często nie umiemy: wyznacza miejsce i czas, daje świadków i mówi wprost, że wolno. Przez ten jeden dzień nikt nie pyta, dlaczego jesteśmy smutni.
Straty, do których nie prowadzi żadna alejka
Są jednak straty, których nikt nie nazywa stratami. Małżeństwo, które się rozpadło. Rodzic, który po rozwodzie przestał odzywać się do swojego dziecka. Ciąża, o której wiedziały trzy osoby. Zdrowie sprzed diagnozy. Przyjaciółka, która żyje, ale już nie odbiera. Kraj, z którego się wyjechało. Wersja siebie, którą już się nie będzie.
Osoby po takich stratach zwykle nie mówią o sobie „jestem w żałobie”. Często trudno im nawet pomyśleć, że po tylu latach to nadal może być żałoba: temat wciąż nieprzepracowany albo niezamknięty.
Dla tych strat nie ma daty w kalendarzu ani miejsca, w którym można postawić znicz.
Dlaczego żałoba po latach wciąż boli
W psychologii są dwa pojęcia, które dobrze to opisują. Żałoba nieuprawniona (disenfranchised grief) to taka, której otoczenie nie uznaje, więc nie można jej otwarcie przeżywać ani liczyć na wsparcie. Termin wprowadził amerykański badacz żałoby Kenneth Doka.
Drugie pojęcie to strata niejednoznaczna (ambiguous loss), którą opisała amerykańska terapeutka rodzin Pauline Boss: kogoś lub czegoś już nie ma, ale brakuje wyraźnego końca. Ktoś żyje, lecz jest nieobecny. Coś się skończyło, lecz trudno wskazać kiedy.
W obu przypadkach brakuje ramy. Po śmierci jest pogrzeb, są kondolencje, często jest ktoś, kto zaoferuje wsparcie i zapyta, jak się trzymasz. Po innych stratach ludzie częściej nie wiedzą, co powiedzieć. Zdarza się, że po rozwodzie ktoś rzuci „dobrze, że masz to już za sobą”, po poronieniu „jesteście młodzi, będzie następne”, a po diagnozie „najważniejsze, że żyjesz”. To zdania wypowiadane w dobrej wierze, a jednak każde z nich zamyka rozmowę, zanim ta zdąży się rozpocząć.
Żałoba, która nie dostała początku, nie ma jak się przekształcić. Zamiast z czasem stawać się częścią życia, wraca jak niezagojona rana. Dlatego tak często pada pytanie, czy to normalne, że boli po pięciu, dziesięciu latach. Często nie chodzi o to, że żałoba trwa za długo. Ona nigdy nie dostała swojego miejsca.
Gdy tęsknota miesza się z żalem
Brak rytuału to jednak tylko część odpowiedzi. W pracy psychodynamicznej przyglądamy się też temu, co dzieje się w nas samych.
Wiele strat bez grobu jest naznaczonych ambiwalencją, czyli mieszaniną sprzecznych uczuć. Po rozwodzie można tęsknić za kimś, na kogo jednocześnie jest się złym. Wobec rodzica, który przestał się odzywać, obok żalu bywa złość, wstyd albo poczucie winy. Trudno opłakiwać kogoś, za kim się tęskni i do kogo ma się pretensje. Łatwiej odsunąć jedno z tych uczuć, a razem z nim całą żałobę.
Pisał o tym Zygmunt Freud w eseju „Żałoba i melancholia”: czasem człowiek wie, kogo stracił, ale nie wie, co w nim stracił. Tak bywa i tutaj. Wiadomo, że skończyło się małżeństwo, ale trudniej nazwać, że razem z nim skończyło się wyobrażenie o rodzinie, o przyszłości, o sobie samym. Dopóki ta strata nie zostanie nazwana, trudno ją opłakać. A smutek wraca, choć nie do końca potrafimy rozpoznać jego źródło.
Ukryta żałoba po latach
Możesz nosić w sobie taką stratę, nawet o tym nie wiedząc. Żałoba po latach rzadko przedstawia się wprost. Częściej przybiera inną postać. Może to być smutek, który wraca o tej samej porze roku, choć nie wiesz dlaczego. Złość, która wydaje się większa niż sytuacja. Omijanie pewnych miejsc, ludzi albo rozmów.
Często towarzyszy jej też poczucie, że nie masz prawa tak się czuć. Przecież nikt nie umarł. Przecież minęło już tyle czasu.
Jeśli coś z tego brzmi znajomo, możesz zadać sobie jedno pytanie: co się wtedy skończyło? Samo nazwanie straty czasem przynosi ulgę. Smutek przestaje być niezrozumiały i zaczyna mieć swój adres.
Żałoba po latach: kiedy smutek wraca
Warto też odczarować sam pomysł, że żałoba ma termin ważności. Popularne „etapy” sugerują drogę z metą: przejść, przepracować, zamknąć. Pochodzą z wydanej w 1969 roku książki szwajcarsko-amerykańskiej psychiatry Elisabeth Kübler-Ross, w której opisała je na podstawie rozmów z osobami umierającymi. Później zastosowała je także do żałoby, choć zastrzegała, że nie układają się w prosty ciąg.
Bliższy mojemu doświadczeniu jest obraz nowozelandzkiej doradczyni ds. żałoby Lois Tonkin: strata zostaje tej samej wielkości, a życie wokół niej z czasem rośnie.
Dlatego żałoba po latach nie jest niczym dziwnym. Smutek wraca w rocznicę, na cudzym ślubie, przy piosence w radiu, w dniu, w którym dziecko poszłoby do pierwszej klasy. Taki powrót jest śladem tego, że to, co utracone, było ważne. Nie świadczy o tym, że czegoś się „nie przepracowało”.
Uwagi wymaga coś innego: kiedy przez długie miesiące trudno pracować, spać i być z ludźmi, a myśli ciągle krążą wokół straty. Wtedy smutek może przechodzić w depresję albo w przedłużoną żałobę. Co znamienne, taką diagnozę stawia się tylko po śmierci bliskiej osoby, a straty, o których tu piszę, się w niej nie mieszczą.
W obu przypadkach warto poszukać profesjonalnej pomocy. Jeśli nie wiesz, do kogo się zwrócić, zajrzyj do tekstu Psycholog, psychiatra czy psychoterapeuta? Gdzie szukać pomocy. Sam smutek, nawet po latach, nie jest objawem.
Jeśli pojawia się myśl, że nie ma po co żyć, nie zostawaj z nią sam/sama. Możesz zadzwonić pod numer 116 123 lub 800 70 2222, a w sytuacji zagrożenia życia pod 112.
Jeden znicz więcej
Dla takich strat można znaleźć własny, mały rytuał. Wystarczy coś, co nazywa stratę po imieniu i daje jej chwilę uwagi: list, którego się nie wyśle, drzewo posadzone w ogrodzie, rozmowa z kimś, kto wysłucha.
W tym roku, zapalając znicze swoim zmarłym, można zapalić jeden więcej, na cmentarzu albo w domu na parapecie. Za to, co nie umarło, ale się skończyło. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, dla kogo jest.



